wtorek, 23 grudnia 2014
Rozdział 1 - Wilki
- Śpij kochanie... - ucałowałam szczeniaczka w łepek i włożyłam go do klatki. Mały labrador przeszedł poważną operację; połknął złotą kulkę, która utknęła w żołądku. To niemal niemożliwe, że przeżył, nosząc obce ciało przez kilka dni. Na szczęście, udało nam się wyciągnąć przedmiot i nie uszkodzić przy tym żadnego organu. Zdjęłam rękawiczki i maseczkę po czym schowałam je do szafki. Pogłaskałam każdego z podopiecznych, dolałam wody do miseczek i wyszłam z sali.
- Shira! - obróciłam się widząc Ive, naszą sekretarkę biegnącą w moją stronę. - Kochana, czekaj!
- Przecież czekam - uśmiechnęłam się serdecznie.
- Będziesz jutro w pracy? - zapytała stając obok mnie
- Nie, wzięłam wolne. Chcę spędzić święta z bliskimi, a ty?
- Ja będę... ale tylko do jedenastej. Potem lecę do dzieciaków.
- Heh, ja idę na wigilię do Meryl.
- Ah... jasne, a czemu nie do twojej rodziny?
- Są w Nowym Yorku. Nie mogę tam jechać. - Ive pogłaskała mnie po policzku.
- Nic się nie martw, wesołych świąt Shira. Idę zanieść te papiery.
- Dziękuję, tobie również życzę wesołych i ciepłych świąt. Ah, mam prośbę; zajrzyj jutro do maluchów.
- Jasne. - uśmiechnęła się i pobiegła korytarzem. Zadowolona podeszłam do wieszaka, założyłam kurtkę i czapkę, a potem wyszłam z kliniki. Śnieg prószył delikatnie, pobliskie drzewa pokryte były białym, miękkim puchem. Księżyc wyglądał zza chmur rzucając tajemnicze światło na las, stare konary, zdobione "bliznami" przeszłości, zdawały się wołać mnie do siebie. Wybierać się nocą w las? Niezbyt rozsądne. Coś jednak nie dawało mi spokoju, jakaś siła wołała mnie, wręcz błagała abym podeszła bliżej. Idąc do lasu, wchodziłabym jednak do rezerwatu zajętego przez plemienia indiańskie. Choć wstęp był wolny, nie wielu się tam zapuszczało. Mawiano, że biegają tamtędy wilki, a korony drzew skrywają drapieżne ptaki. Sama uwielbiałam wilki, jednakże bałam się zapuszczać do lasu nocą. Postanowiłam wcześnie wstać i sprawdzić, co tak bardzo ciągnie mnie w tamtą stronę. Westchnąwszy, obróciłam się i wskoczyłam do samochodu. Odpaliłam silnik i włączyłam ogrzewanie. Wsłuchując się w buczenie silnika, pojechałam do domu.
****
Zasunęłam kurtkę pod samą szyję, nacisnęłam czapkę na głowę, złapałam za plecak i wyszłam z domu. Zamknęłam drzwi na klucz, schowałam kluczyki do plecaka i ruszyłam ośnieżoną ścieżką w stronę miasta. Miasteczko od rana było pełne ludzi, ci ciepło poubierani biegali od sklepu do sklepu z dużymi torbami - no tak, ostatnie przygotowania do świąt.
- Witaj Shiro! - usłyszałam
- Cześć Will. - pomachałam do biegnącego mężczyzny
- Wesołych świąt. - Rachell wyszła ze sklepu i uśmiechnęła się do mnie
- Tobie również! - odwzajemniłam uśmiech. Idąc miastem, powitało mnie jeszcze dziesięć osób a około piętnastu życzyło wesołych świąt. Zawsze uśmiechałam się, odpowiadałam, bądź machałam. Cieszyłam się, że tylu ludzi fatyguje się by mnie powitać. Te święta z pewnością będą udane! Przeszłam ostatnią posypaną solą alejknę i znalazłam się z tyłu kliniki. W tyle majaczyły dachy budynków i latarni, obok mnie stał śmietnik i drzwi na zaplecze. Lecz nie to było ważne; najważniejszy był las, który szerokim łukiem omijał miasto. Choć Northville było niewielkie, miasto zdawało się odstraszać Indian. Przez chwilę wpatrywałam się w ciemne pnie i przestrzeń między drzewami. Zastanawiałam się, co takiego kusiło mnie wczoraj. Zdecydowana, ruszyłam w stronę lasu. Dość szybko minęłam pierwsze drzewa, przejechałam palcami po poharatanych pniach; ciekawiła mnie historia tych drzew. Zagięłam głowę do tyłu, uważnie lustrowałam łyse gałęzie brzóz, modrzewi i sosen. Przez dłuższą chwilę, szłam w nieznanym sobie kierunku wpatrzona w oszronione gałązki. Nic się nie działo, a w lesie było cicho. I to właśnie było dziwne... Coś trzasnęło tuż obok mnie, podsoczyłam kierując wzrok w tamtą stronę; nic. Szłam tyłem, wypatrując zagrożenia, wszystko byłoby w porządku gdyby nie osuwisko. Nie zauważyłam, jak grunt pod nogami urywa się, a mnie do ziemi zostaje około pięciu metrów. Krzyczałam, spadając w dół, a potem uderzyłam o ziemię. Choć śnieg złagodził uwagę, piekący ból oblał gorącą falą całe moje plecy. Usłyszałam warknięcie. Uniosłam głowę. Ból zszedł na dalszy plan, teraz liczyły się tylko trzy wilcze pary oczu, które dokłanie się mi przypatrywały. Obok szarego wilka wylądował sokół. Wystraszyłam się. Wilki warczały. Duży brązowy wilk - najwyraźniej młody, zdawał się być zaciekawiony całą tą sytuacją. Wadera, której futro było jasne wystąpiła do przodu. Podciągnęłam się do pozycji siedzącej. Bałam się. Trzęsłam się ze strachu ale one były tak piękne... samica wyskoczyła do przodu.
- Nie! - krzyknęłam chcąc się zasłonić. Szary wilczur skoczył za nią. Wadera dopadła do mnie pierwsza, wierzgałam nogami, biłam na oślep - częściowo udało mi się ją odgonić. Jednak zanim basior ją przewalił, potężne szczęki zacisnęły się na mojej nodze. Nie był to ból choćby w połowie tak straszny jak ten, po uderzeniu. Palił niczym jad. Krzyczałam, turlałam się po śniegu, wołałam po pomoc. A wilki ujadały. Wadera warczała na samca który ją przewrócił. Ten brązowy zbliżył się i nachylił nade mną. Płakałam, byłam przerażona. A ostatnie co zobaczyłam to sokół, który usiadł mi na piersi. Potem, było ciemno...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz